Artykuły · ADHD
Czy ADHD to choroba?
ADHD jest uznanym klinicznie zaburzeniem neurorozwojowym. Wyjaśniamy, dlaczego słowo „choroba” nie jest najtrafniejszym określeniem, co oznacza diagnoza i jak łączyć perspektywę kliniczną z neuroróżnorodnością.

„Mam ADHD. Czyli jesteś chory?” Pytanie brzmi prosto, aż spróbuje się odpowiedzieć precyzyjnie. Jedni mówią, że oczywiście tak, skoro jest diagnozowane i leczone. Drudzy, że to tylko inny typ mózgu. Obie odpowiedzi mają w sobie kawałek prawdy i obie, wzięte dosłownie, upraszczają sprawę.
Najtrafniej: ADHD jest uznanym klinicznie zaburzeniem neurorozwojowym. W praktyce klinicznej coraz częściej mówi się też o stanie neurorozwojowym. Słowo „choroba” nie jest najlepszym określeniem specjalistycznym, choć w potocznym języku medycznym bywa używane szeroko. WHO w ICD-11 umieszcza ADHD wśród zaburzeń neurorozwojowych i opisuje je jako trwały wzorzec nieuwagi i/lub nadaktywności oraz impulsywności, który realnie utrudnia naukę, pracę albo relacje.
Dlaczego nie po prostu „choroba”?
Bo choroba kojarzy się z sekwencją: byłem zdrowy, coś się pojawiło, leczenie usuwa przyczynę, wracam do stanu sprzed. Tak bywa przy infekcji. ADHD ma inną historię. Nie zaczyna się nagle w wieku 32 lat. Jest związane z rozwojem układu nerwowego. Przy diagnozie dorosłego trzeba sprawdzić, czy charakterystyczny wzorzec był obecny wcześniej. Kryteria diagnostyczne wymagają obecności części objawów już w dzieciństwie.
To, że ADHD jest w Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób, też nic nie rozstrzyga. ICD obejmuje znacznie więcej niż to, co w codziennej mowie nazywamy chorobą. Aktualny podręcznik WHO mówi wprost o zaburzeniach psychicznych, behawioralnych i neurorozwojowych.
Nie jest też „tylko cechą”
Druga skrajność brzmi: to po prostu inny sposób myślenia, nie ma czego leczyć. Dla części osób taki język jest ulgą po latach słuchania, że są leniwi i mają się bardziej starać. Nie oddaje jednak wiedzy klinicznej. Żeby rozpoznać ADHD, nie wystarczy być spontanicznym, kreatywnym albo rozkojarzonym. Potrzebny jest istotny negatywny wpływ na funkcjonowanie w kilku ważnych obszarach życia.
Można więc mieć cechy kojarzące się z ADHD i nie mieć ADHD. Każdemu zdarza się zapomnieć albo odłożyć zadanie. Znaczenie ma częstotliwość, czas trwania, historia i koszt. Dlatego diagnozy nie stawia się na podstawie quizu. Więcej o tym piszemy w artykule [Jak rozpoznać ADHD u siebie?](https://audhd.pl/wiedza/jak-rozpoznac-adhd-u-siebie).
To nie jest „uszkodzony mózg”
Nie ma jednego miejsca, w które można wskazać palcem i powiedzieć: tu siedzi ADHD. Stan jest heterogeniczny. Są pewne przeciętne różnice grupowe w strukturze, funkcji i procesach poznawczych, ale nie ma skanu, który u jednej osoby rozstrzyga rozpoznanie. Badania obrazowe, EEG i testy neuropsychologiczne nie są rutynową podstawą diagnozy ADHD u dorosłych.
Nie znamy też jednej przyczyny. Nie ma jednego genu, jednego neuroprzekaźnika ani jednego stylu wychowania. Dużą rolę odgrywa genetyka, ale nie działa deterministycznie. Złe wychowanie nie powoduje ADHD. Rodzice i środowisko mogą jednak zmieniać to, jak bardzo trudności są widoczne. Podobnie telefony i media: potrafią rozpraszać i pogarszać sen, ale nie wynika z tego, że „smartfon powoduje ADHD”.
Czy to mija i czy da się wyleczyć?
Obraz może się zmieniać. Dziecko bywa bardzo ruchliwe, dorosły częściej czuje wewnętrzny niepokój. Impulsywność czasem słabnie, a problemy wykonawcze wychodzą mocniej, gdy przybywa obowiązków. U wielu osób ADHD ma charakter długotrwały, choć nasilenie i obraz objawów mogą zmieniać się w ciągu życia.
Jeśli „wyleczyć” znaczy usunąć ADHD tak, żeby wrócić do mózgu sprzed tego wzorca, takiego leczenia nie ma. To nie znaczy, że nic się nie da zrobić. Farmakoterapia, psychoedukacja i wsparcie psychologiczne potrafią zmniejszać objawy i ograniczenia. Celem nie jest zrobienie z człowieka kogoś „normalnego”. Sensowniejsze pytanie brzmi, co konkretnie utrudnia życie tej osobie i czego potrzebuje, żeby funkcjonować lepiej.
Neuroróżnorodność i klinika nie muszą się gryźć
Można jednocześnie powiedzieć: ADHD jest zaburzeniem neurorozwojowym rozpoznawanym medycznie oraz że osoby z ADHD są częścią ludzkiej neuroróżnorodności. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy jedna perspektywa unieważnia drugą.
„ADHD to supermoc” bywa krzywdzące dla kogoś, kto traci pracę albo nie kończy rzeczy, które są dla niego ważne. Sam język deficytu też jest za wąski. Człowiek jest czymś więcej niż diagnoza. Można mieć ADHD i jednocześnie nie mieć depresji, pracować i prowadzić dobre życie. Diagnoza nie oznacza, że cały człowiek jest chory. Nie oznacza też automatycznie niepełnosprawności. O tym decyduje wpływ na funkcjonowanie, nie sama etykieta.
ADHD nie jest wymówką. Może być wyjaśnieniem. Zamiast „bardziej się staraj” pojawia się pytanie, jaki system naprawdę pomoże pamiętać i kończyć sprawy. To nie brak silnej woli. Ten sam człowiek potrafi przez pięć godzin robić trudną, ciekawą rzecz, a potem trzy dni odkładać prosty formularz.
Słowo „zaburzenie” bywa trudne, bo łatwo usłyszeć w nim „jestem wadliwy”. W medycynie opisuje wzorzec o znaczeniu klinicznym, nie wartość człowieka. Z drugiej strony całkowite wyrzucenie tego słowa może odebrać język osobom, które naprawdę nie utrzymują pracy, toną w finansach albo nie kończą ważnych rzeczy. Wtedy potrzebują nie tylko afirmacji, ale też dostępu do diagnostyki, leczenia i dostosowań.
Najkrótsza odpowiedź
Poprawniej mówić o zaburzeniu albo stanie neurorozwojowym niż po prostu o chorobie. To nie znaczy, że ADHD nie jest niczym medycznym. Ma kryteria, silne podłoże biologiczne i genetyczne, wpływa na życie i da się je leczyć. Nie znaczy też, że mózg jest zepsuty i trzeba człowieka naprawić.
Najtrafniejsze pytanie nie brzmi, czy ADHD jest chorobą, czy supermocą. Brzmi: jak wpływa na tę konkretną osobę i czego potrzebuje, żeby żyć dobrze. Wtedy nazwa przestaje być najważniejsza. Najważniejszy staje się człowiek.